Opublikowane: 20-08-2018

„Najbardziej magiczny i klimatyczny start, jaki kiedykolwiek przeżyłam” – relacja z Chudego 2018


Chudy Wawrzyniec… Bieg owiany legendą, trudny, dla prawdziwych twardzieli. Tak mówili… Bardzo chciałam sprawdzić, czy rzeczywiście jest tak trudno i czy jest się czego bać. Zapisałam się, trenowałam i czekałam na sierpień.

Legendy krążyły o tym, że w okresie zawodów tereny Beskidu nawiedzają serie nawałnic. Jednak pogoda dzień przed biegiem była wspaniała! Było ciepło, słonecznie, wiał delikatny wiatr. Z przyjemnością brodziłam w płytkim strumieniu, który przepływa w pobliżu mety. Taka typowa cisza przed nadchodzącą “burzą”, czyli startem rozpoczęciem zawodów. Rok w rok pogoda nie oszczędzała biegaczy. Padał ulewny deszcz, burze nie odpuszczały i krążyły wokół trasy. Dlatego nie spodziewałam się i tym razem niczego innego. Padało, gdy pakowałam plecak, jadłam śniadanie, jechałam z innymi biegaczami na start autobusem podstawionym pod biuro zawodów.

“Każdy ma tak samo trudno” – to moja stała myśl, kiedy pogoda dyktuje warunki. Nieważne czy jest upał, czy leje jak z cebra. Szczerze mówiąc, nie zarejestrowałam momentu, kiedy przestało padać, ale tak się stało. Dobra prognoza na nadchodzące kilka godzin. W oczekiwaniu na końcowe odliczanie rozgrzewałam się razem z innymi biegaczami.

Nie wiadomo kiedy nadszedł w końcu moment… Najbardziej magiczny i klimatyczny start, jaki kiedykolwiek przeżyłam! Do odliczania przygrywa kapela. Odpalane są race, po czym wbiegamy w ciemność rozjaśnianą tylko błyskiem czołówek. Rajcza pogrążona we śnie. Początkowe kilometry przebiegają szybko. Słychać tylko, jak bieżnik setek butów uderza w asfalt. Czekam na pierwsze wzniesienia, na góry… W końcu wbiegamy na szlak. Robi się coraz trudniej. Buty i skarpetki są mokre od deszczu. Nie przeszkadza mi kompletnie to, że wbiegam w kałuże. Nadal jest ciemno i mroczno. Mam wrażenie, że dzień budzi się jakoś wyjątkowo powoli. Kilometry mijają jednak dość szybko. W głowie dziękuję Mateuszowi (mojemu chłopakowi), który poradził mi, żebym wgrała sobie track trasy. Gęsta mgła ogranicza widoczność do kilkunastu metrów. Gdyby nie sygnały z zegarka kilka razy zgubiłabym drogę.

Kilkukrotnie jeszcze spadł na nas deszcz, jednak na szczęście wschodzące słońce było od niego silniejsze. Zapatrzona we wschód słońca, potknęłam się o niewielki korzeń. Runęłam jak długa przed siebie, rozbijając kolano i dłonie. Wstałam. Kulejąc zrobiłam kilka kroków. Łzy napłynęły mi do oczu. Pomyślałam, że to koniec mojego Wawrzyńca. Przez głupią wywrotkę kilka miesięcy treningów poszło na marne. Przepadło. Usiadłam na chwilę, obok mnie przebiegło kilka osób. Wstałam, zacisnęłam zęby i powoli zaczęłam biec. Ból ustępował, albo w złości przestałam zwracać na niego uwagę. Biegłam dalej, jak gdyby nigdy nic. Byle do Przegibka.

Wiedziałam, że punkt odżywczy jest dopiero na ok. 40. kilometrze trasy. Wydawało mi się, że jestem na to przygotowana, że jadłam i piłam wystarczająco po drodze, ale dotarłam do niego już na oparach. Najedzona, z pomocą wolontariuszy uzupełniłam zapasy w plecaku i ruszyłam w dalszą drogę. Wstąpiły we mnie nowe siły i pokłady energii. Pomyślałam sobie, że dalej będzie już tylko łatwiej… Wszak końcówka to kilka kilometrów z górki! Jakże szybko trasa zweryfikowała mój entuzjazm!

W drodze na Wielką Rycerzową kilka razy zaśmiałam się głośno sama do siebie ze zmęczenia. Po dotarciu na szczyt stanęłam przed wyborem: biegnę do mety i kończę albo wbiegam na trasę 80+ i prawdopodobnie kończę bieg na podium (wśród sześciu najlepszych kobiet!). Szybka decyzja, odbieram opaskę z napisem “50+” i biegnę do mety. Mam już dość, kolano pulsuje i kolejne kilometry na pewno pokonywałabym już ze łzami w oczach. Wiedziałam, że mam przed sobą jeszcze Muńcuł i kilkukilometrowy zbieg do mety. Ścieżka, która prowadziła w dół wykręcała kostki, nogi ślizgały się na luźnych kamieniach i trzeba było bardzo uważać. Nie były to moje najszybsze kilometry tego dnia. Z wielką ulgą wbiegłam na asfaltową drogę w Ujsołach. Jeszcze tylko kilkaset kroków, drewniany mostek do przebiegnięcia, upragniona meta i to uczucie, że nic nie trzeba! Zapomniałam już o swoim kolanie, chciałam się tylko ubrać, najeść i napić czegoś ciepłego. Wszędzie witali mnie uśmiechnięci wolontariusze. Usiadłam z pysznym gulaszem i piwem bezalkoholowym na leżaku i uśmiechnęłam się. Udało się! Mam to! Ukończyłam krótszą trasę ultra Chudego Wawrzyńca!

Następnym razem chyba trzeba będzie sprawdzić trasę 80 +…

Autorka: Zofia Adamska, 9. zawodniczka krótszej trasy Chudego Wawrzyńca 2018.