Opublikowane: 09-04-2021

Konkurs „Relacja dla Chudego” – Dorota Kaczmarek i Sztafeta Chojnik


Ciepły październikowy dzień 2019 r., plac zabaw. – A wiesz, u mnie w Karpnikach w lutym jest taki bieg, 10 kilometrów po górach – zagaja Kasia, koleżanka, która, tak samo jak ja, doświadczenie biegowe ma żadne – może byśmy pobiegły razem?

Czemu nie? – myślę sobie – przecież mam już buty do biegania, bo w planach 5 km CITY TRAIL. A pięć i dziesięć kilometrów to chyba nie tak duża różnica?

Oczywiście im bliżej tej daty, tym różnica wydawała się coraz większa, bo docierało do mnie, że i podbiegi i śnieg, i zimno, i koleżanka się jednak nie zdecydowała… Ostatecznie jednak pobiegłam i od pierwszego wbiegu na metę wiedziałam, że to coś dla mnie. A na fali pobiegowej euforii od razu zapisałam siebie i męża (na pewno pokocha ten sport!) na wszystkie biegi, których reklamę znalazłam w worku otrzymanym w pakiecie startowym. W tym „Chojnik Karkonoski Festiwal Biegowy”. Półmaraton z górką, tak na dobry początek.

Sierpień 2020 r. Za nami start w DFBG (połówka) i Mała Rycerzowa więc dystans 20 km w zasadzie poznany, ale 29 km budzi lekki przestrach, stąd treningi na trasie biegu, każdorazowo poprzedzone organizacją opieki nad trójką naszych uroczych dzieci. Dobrze, że na dzień Biegu moi rodzice zobowiązali się spędzić dzień z wnuczętami!

10 sierpnia rano. Telefon. – Nie damy rady, mama złamała nogę! Informacja od taty uderzyła mnie jak obuchem w głowę. Start za mniej niż miesiąc, zaczęło się gwałtowne obdzwanianie mniej i bardziej prawdopodobnych kandydatów na baby-sitterów – bez powodzenia. Aż tu nagle:

13 sierpnia, Facebook:

 

 

– Raaadeek! Patrz tutaj, to coś dla nas! Pojedziemy, zanocujemy, rano biegnę ja, ty po lunchu machniesz trzydziestkę! Bierzemy?! Chwila zastanowienia i decyzja: piszemy do organizatorów, może zgodzą się nas przepisać. Zgodzili, poszło szybko i sprawnie i zaczęło się przygotowanie nowej strategii. Oczywiście gdzieś z tyłu głowy była nieśmiała myśl o podium, bo mimo świetnego marketingu nie za wiele osób zareagowało na ogłoszenie. Analizując wyniki konkurencji obliczyliśmy, że mamy mocne piąte miejsce z ośmiu, ale możemy powalczyć o czwarte. Trenujemy!

5 września, Biuro Zawodów. Szybko i sprawnie zmierzono nam temperaturę i pokierowano po odbiór pakietów. Nawet nie daliśmy radę pokręcić się i pogadać z obsługą, bo zaraz kolejny wolonatriusz kazał robić miejsce dla następnych osób w kolejce. Wszyscy w maskach, ręce dezynfekują, dystans trzymają – dyscyplina musi być! Czas na przedstartową kolację i spać.

6 września, strefa startu, godz. 8:10. W akompaniamencie okrzyków dzieci oraz rewelacyjnego Pana Konferansjera, a także bicia bębnów zapamiętanych z zimowej scenerii, ruszyłam. Spokojnie, w zaplanowanym wcześniej tempie, które rozłożone w czasie miało mi zapewnić złamanie 4:30 (po cichu liczyłam na 4:15). Start interwałowy spowodował, że wystartowałam bez wyrzutu adrenaliny towarzyszącemu bieganiu gromadą – a to na długim dystansie dla mnie rzecz niepotrzebna. Na płaskim rozbiegu mija mnie kilku rozgadanych biegaczy, ja ich „biorę” na pierwszym podbiegu: wszystko zgodnie z planem. Znając trasę i swoje zapotrzebowanie wiedziałam, że za dużo żeli i przekąsek brać nie muszę, wody też tylko tyle, aby przetrwać pierwsze 10 kilometrów do punktu: półlitrowy bidon w ręce wystarczy. Bidon… bidon w ręce… matko jedyna, w samochodzie został!! Co robić?? Na start już nie wrócę, bo plan. Telefonu mąż nie odbiera, bo zapewne bawi się z dziećmi na placu zabaw przy starcie i wyciszonego dzwonka w tym rejwachu nie usłyszy. Kogo poprosić o pomoc? Dzwonię do dwójki znajomych, którzy robią tu wolo, ale jeden właśnie wrócił z nocki, a koleżanka nie odbiera. W końcu na rozdrożu błagam spotkanego wolontariusza, niech dzwoni na start i przez megafon wzywa pana Radka, żeby pędził na Trzy Jawory dostarczyć żonie bidon do punktu. I biegnę dalej, już nieco spokojniej, bo wiem, że zrobiłam, co się dało. Plan awaryjny obejmował namaczanie buffa w strumieniu i wyciskanie zawartości do ust, nie wiedziałam tylko, jak podejdą do tego na punkcie i czy nie czeka mnie dyskwalifikacja za brak wyposażenia obowiązkowego.

Trzy Jawory: zdążyli!! I to w ostatniej chwili: mąż biegnąc z daleka rzucił mi bidon z taką siłą, że ten walnął o ziemię i zdążyłam tylko pomyśleć, że ironią losu byłoby, gdyby pękł… co na szczęście się nie zdarzyło. Z tego miejsca pozdrawiam Pana Wolontariusza z rozdroża. Szybkie nawodnienie, świetna obsługa uśmiechniętych (widać było mimo masek) wolontariuszek, które już z daleka wołały co jest do wyboru i pytały, co nakładać. Mam wrażenie, że szło to znacznie sprawniej, niż gdybym sama stała przy stoisku i musiała innym zza pleców zaglądać w asortyment (żywieniowy, oczywiście).

12. km trasy. Do tego momentu w zasadzie cały czas biegłam, moje tempo wg automatycznego pomiaru na punkcie wynosiło około 7,9 min/km, czyli nieco lepiej od zakładanego. Mam zatem kilka minut zapasu, ale teraz zaczyna się najtrudniejsze pięć kilometrów, czyli podejście pod Śmielec.

Stawka się rozciąga, już mało kto biegnie, w dodatku słońce zaczyna mocno przygrzewać. Pomaga moczenie buffa w strumieniu, pomaga na tyle, że mimo ostrego podejścia nie czuję potrzeby dodatkowych postojów. Przydaje się też znajomość trasy, bo wiem, z której strony ominąć złamane drzewo, czy niewielkie rozlewisko. Po drodze znajomy fotograf (Jacek Deneka UltraLovers, któremu serdecznie dziękuję za piękne zdjęcia z mety) więc dodatkowy bodziec do utrzymania żwawego tempa – szkoda, że tak krótki. Ale w końcu, mimo plączących się ze zmęczenia nóg, zdobywam szczyt i granią, potykając się na byle kamieniu, biegnę dalej. Po drodze fotograf, wolontariusze, kibice i turyści zagrzewają do walki, co przypomina mi o pilnowaniu tempa. Zbieg idzie mi dobrze, choć początkowo noga nie podaje i nie udaje mi się odrobić straty tak sprawnie jak zakładałam. Ale wciąż nie daje mi spokoju myśl o rywalizacji – a jeśli ktoś z mocnych oponentów nie wystartował? Albo ma gorszy dzień? Albo jej/jego partner jest słabszym ogniwem w parze? Biegnij kobieto, biegnij!

22. km trasy, kilometr do punktu Pod Reglami. To w zasadzie tyle, jeśli chodzi o przebiegnięty zgodnie z planem dystans. Tuż przed punktem czuję, jakby odcięło mi zasilanie w nogach – chyba pierwszy raz doświadczam takiego zjawiska. Karmię się nadzieją, że odpocznę na punkcie i rączo ruszę po zwycięstwo (nad sobą). Niestety, mimo że sprawnie napełniam bidon (mój bidon, mój wspaniały bidon!) i szybko pochłaniam z uśmiechem serwowane smakołyki, z punktu wyruszam wciąż na słoniowych nogach. I nie tylko ja: kilka osób, z którymi biegnę teraz nieprzerwanie aż do podbiegu pod Chojnik, również wyglądają, jakby na co dzień nieco żwawiej przebierali kończynami.

27. km trasy, podbieg pod Chojnik. To już końcówka, powtarzam sobie w głowie, już niedaleko, na mecie czeka mąż z dziećmi, będą ze mnie dumni. Nie wizualizuję już podium, na schody prowadzące do ruin zamku raczej się wdrapuję niż wbiegam i nawet widok wycelowanego we mnie aparatu tym razem nie skłania mnie do przyjęcia walecznej postawy. Biegnę na tyle wolno, że słyszę komentarz przyglądającej się biegaczom turystki starszej daty: – Ale jak myślisz, skoro oni mają wyścig, to dlaczego biegną tak powoli?!

Jeszcze trochę zbiegu, który daje w kość, bo najpierw kostka, a później sporej wielkości kamienie i głazy, ale już w oddali słychać gwar strefy startu/mety, który brzmi jak obietnica ulgi i wypoczynku. Na zegarek już nie patrzę, wiem, że założonego tempa 8:30 nie utrzymam, a czy złamię 4:30 dowiem się na mecie. Asfaltową końcówkę przebiegam razem z synem, który zagrzewa mnie do walki o ostatnie metry, co przypłacam dosłownym ugięciem się nóg pode mną – na szczęście już po bip-biip oznaczającym zakończenie biegu. Czas na zegarku zgodzi się z tym, który przeczytam online: 4:23:53, a zatem plan główny wykonany. Ufff.

Teraz posiłek regeneracyjny: od nadmiaru możliwości kręci się w głowie więc wybieram bezpieczną klasykę w postaci kaszy z gulaszem. Dzieciom i mężowi biorę corn-dogi, które wydają mi się może niezbyt zdrowym, ale za to na pewno zabawnym jedzeniem. W strefie mety, w bardzo przyjemnej pobiegowej atmosferze, spędzamy około godziny, ale w końcu wygania nas deszcz i konieczność przygotowania się do startu drugiego zawodnika z pary, mojego męża. Niestety, ta relacja utonęła w potokach sążnistej ulewy …

Ale, ale, jak tam kwestia rywalizacji o podium? Doprowadzając się do porządku z zaskoczeniem przyjmuję informację, że w grupie par mieszanych mój wynik plasuje nas na trzecim miejscu, a szybka analiza tych, którzy biegną w drugiej turze pozwala liczyć na drugie miejsce! Wow, myślę sobie, to by było coś! Tym bardziej całą czwórką kibicujemy Radkowi, kiedy w ulewnym deszczu biegnie swój dystans. Ustawiamy się na trasie w Michałowicach i patrzymy, jak się żwawo przemieszcza, mając w nogach już 25 kilometrów. Podium blisko! Potem powrót przed komputer i nerwowe odświeżanie wyników… jeeest!! Mamy to! Drugie miejsce w kategorii par mieszanych! Pikanterii całej sprawie dodaje fakt, że w zasadzie jedynie w tej kategorii zaistniała jakakolwiek rywalizacja: w parach męskich i damskich sam start gwarantował podium, par mieszanych ostatecznie wystartowało całe cztery 😉

Godz. 22:20, dekoracja. Tu relację znam z drugiej ręki: nasze najmłodsze dziecię musiało zostać pod moją opieką więc na pudle stanął mąż ze starszą dwójką. Były brawa, była pizza, było zmęczenie i satysfakcja. I oczywiście obietnica powrotu za rok, może znów sztafeta? Może pójdziemy w ultra? Kto wie? Na pewno miło będzie znów pobiegać pod Chojnikiem, bo zarówno same trasy, jak i organizacja wydarzenia zdecydowanie zachęcają.

Do zaś!

Statystyki:

Półmaraton z górką: 4:23:52.85

Kamienna Trzydziestka: 4:02:54.20

fot. Jacek Deneka/UltraLovers